Relację z wyjazdu przez serpentyny Szwajcarii, Włoch i Francji napisał najmłodszy uczestnik wycieczki, syn naszego wiernego członka, Mieczysław. Dziękujemy, Mieciu, za towarzystwo i za reporterstwo.


Początek wakacji członkom Pasji Porsche kojarzyć się może tylko z jedną rzeczą – nie z końcem szkoły, nie z zakończoną wiosną, lecz z nadchodzącymi tysiącami kilometrów przejechanymi przełęczami, co się z tym wiąże również z serpentynami i hotelami zagwarantowanymi przez tygodniowy wyjazd zagraniczny z Pasją Porsche. Tegorocznym kierunkiem była: Francja. (Przy okazji również Włochy, Szwajcaria i kawałeczki Austrii oraz Liechtensteinu).

Ale, od początku:

Sobota, 28 czerwca
Większość uczestników wyjazdu spotkała się na stacji kolejowej w Wiedniu. Organizatorzy wpadli na bardzo ciekawy pomysł skorzystania z lor samochodowych, czyli pociągu, który jest wyposażony w wagony sypialne oraz wagony z platformami do przewożenia samochodów. Pociągiem jechaliśmy przez
noc, aż do Feldkirchu, na samym zachodzie Austrii.

Niedziela, 29 czerwca
Rano, na stacji, rozładowaliśmy samochody z platform, podczas czego dołączyła do nas kolejna część osób. Kiedy każdy miał już samochód, nadszedł czas na ostateczne przygotowania do podróży. Mieliśmy przed sobą do przejechania dużą część Szwajcarii, z licznymi przełęczami oraz tysiącami serpentyn. Kiedy wyruszyliśmy, szybko przejechaliśmy przez Liechtenstein, gdyż dość ciężko jest jechać przez niego długo. Po chwili dojazdówki – oczywiście bez żadnych autostrad dojechaliśmy do pierwszych serpentyn. Nie obyło się bez przerw na kawę czy soczki. Po drodze przejechaliśmy przez przełęcz Furkę oraz przez Wielką Przełęcz św. Bernarda, słynącą z pochodzącej stamtąd rasy psów Bernardynów. Dzień pierwszy podróży zakończyliśmy w hotelu w Aoście.

Poniedziałek, 30 czerwca
O godzinie 9:11 spotkaliśmy się w sali konferencyjnej hotelu na oficjalnej odprawie. Zostały nam wręczone wyjazdowe gadżety: ręczniki, okulary oraz naklejki. Tego dnia czekała na nas przełęcz Val d’lsere, Col de Iseran, miasteczko Bonneval-sur-Arc, Col du Mont-Cenis oraz Mała Przełęcz św. Bernarda. Podczas podróży znaleźli się śmiałkowie, którzy zdecydowali się nadrobić dziesiątki kilometrów, aby wyjechać kolejką linową na Masyw Mont-Blanc, będący najwyższym europejskim szczytem mierzącym 4842 m n.p.m. – co prawda kolejką linową wyjeżdża się znacznie niżej, bo na 3842 m n.p.m. lub 3466 m n.p.m., w zależności od trasy. Po wielu godzinach wywijającej jazdy dojechaliśmy do dwóch hoteli we włoskim miasteczku Sauze d’Oulx. Po kolacji niektórzy skorzystali z jacuzzi dostępnego na balkonie hotelu. Tego dnia zepsuł się samochód jednego z uczestników wyjazdu, co ciekawe, jedyny samochód nie Porsche zaproszony na wyjazd. Hmmm…

Wtorek, 1 lipca
Dnia trzeciego zbliżyliśmy się znacznie do naszego celu, lecz nie prostą drogą. Mieliśmy bowiem do przejechania dwie kolejne przełęcze – Col d’Izoard i Col Agnel, przy czym ta druga leży na wysokości aż 2744 m n.p.m. Podczas trasy oczywiście duża część z nas zdecydowała się na zwiedzanie miasteczka Briancon. Było to urokliwe miaseczko znajdujące się w środku fortu. Wycieczka na Col Agnel okazała się dość nie podrodze, lecz tak czy siak znajdowała się na naszej mapie. Dojazd tam wymagał przejechania parunastu malowniczych kilometrów po serpentynach, którymi trzeba było potem wrócić. Kiedy już wyjechało się na górę, można było sobie zrobić zdjęcie przy kamiennej tablicy, którą na pół dzieliła granica włosko – francuska. Podczas powrotu tą samą trasą, udało mi się sfotografować awanturującego się z nami świstaka. Prawdopodobnie nie lubił zagranicznych gości. W hotelu, który znajdował się w nieczynnym latem miasteczku narciarskim – wyglądającym zupełnie jak z postapokaliptycznego filmu – zjedliśmy wspólną kolację.

Środa, 2 lipca
Ten dzień miał zakończyć się w naszym docelowym mieście – Mentonie. Rano świeciło słońce. Trasa wiodła przez jedną z najsłynniejszych dróg z całego wyjazdu, trasę rajdu Monte Carlo. Podczas trasy przejechaliśmy przez Col de la Bonette oraz Cime de la Bonette, ze szczytem na wysokości 2862 m n.p.m. Na sam szczyt trzeba było dojść pieszo. Poranne słońce okazało się zdradzieckie, ponieważ podczas trasy pojawiło się w górach gradobicie. Jedną z dróg była kręta D911. Numer brzmi znajomo. Jeżeli chodzi o trasę rajdu Monte Carlo, niektórym musiała wydać się ona za wąska, gdyż nie wszyscy odważyli się nią przejechać. Około godziny 17 samochody zaczęły zjeżdżać się do Mentony. Znów podzieleni zostaliśmy na dwa hotele. Oba znajdowały się praktycznie na brzegu morza.

Czwartek, 3 lipca
W następnych dniach działo się dużo mniej niż wcześniej. W czwartek jedyną zorganizowaną atrakcją była wycieczka do Monaco. Dostaliśmy dwie opcje. Albo jedziemy samochodami – wtedy można przejechać słynną trasą wyścigu Monte Carlo, na której znajdują się takie „momenty” jak patelnia czy długi tunel, albo
pociągiem – co dla niektórych okazało się problematyczne. W Monaco przed nocnym przejazdem można było zwiedzić m.in. kasyno. O 22:00 każdy, kto przyjechał samochodem, miał się spotkać z innymi na nocny przejazd. Podczas tego trzy osoby robiły nam zdjęcia. Niestety ładne zdjęcia okazały się poświęceniem, gdyż owe trzy osoby spóźniły się na pociąg powrotny. Całe szczęście, ratunkiem okazał się międzymiastowy autobus, który odwiózł ich z powrotem do Mentony.

Piątek, 4 lipca
Piątek był chyba najspokojniejszym dniem. Jedynym planem było Col de Turini. Wycieczka zajęła niedużo czasu. Na górze znajdowała się kawiarnia, do której uczęszczali zawodnicy WRC. Nieliczni śmiałkowie udali się tego dnia do Nicei. Był to dzień odpoczynku i spokoju, tak jak to w piątki bywa.

Sobota, 5 lipca
Sobota była ostatnim pełnym dniem naszej wyprawy. Przewidziany plan wyglądał następująco: każdy dostał cztery opcje. Albo jechać naokoło kanionu Verdon, albo podziwiać piękne wąwozy wydrążone w czerwonym piaskowcu, albo zwiedzić San Remo, albo zostać w hotelu. Część osób postanowiła zostać w hotelu, co z jednej strony rozumiem, bo sam byłem już tego dnia zmęczony, lecz z drugiej strony, kanion oraz wąwozy były zaiście piękne. Ekipa kanionowa załapała się też na zwiedzanie Muzeum Perfum w Grasse. Wieczorem odbyła się nadbrzeżna kolacja pożegnalna. Wszyscy spotkaliśmy się, zjedliśmy, porozmawialiśmy, pośmialiśmy się. Lecz, jak to na kolację pożegnalną przystało, przyszedł czas na najsmutniejszą część wyjazdu – pożegnanie.

Na tym wyjeździe ja, personalnie, jeszcze bardziej związałem się z Pasją Porsche. Wyjazd ten bowiem posiadał elementy rozrywkowe, piękne widoki, dużo miejsc na piękne zdjęcia, ale (może zabrzmi to jak cytat z książki czy bajki) na tych wakacjach poczułem, że najlepszą częścią wszystkich spotkań czy wyjazdów Pasji, są ludzie, którzy budują klimat, humor i niezapomniane wspomnienia. Dziękuję wszystkim za udany wyjazd i wspaniały początek wakacji.

Specjalne podziękowania dla Marcina i Pawła za zorganizowanie cudnego wyjazdu.


Kategorie: wyjazd turystyczny

Pasja Porsche (PWJ)

współzałożyciel Stowarzyszenia Pasja Porsche